Moje miłosne historie (nie)koniecznie z happy endem!

Polub i udostępnij:
fb-share-icon0
20

Walentynki. Choć kalendarz wyraźnie pokazuje, że jest jeszcze zima, tego jednego dnia czujemy w sercach wiosnę. I ja też wiosnę czułam od najmłodszych lat, bo kto powiedział, że miłości nie można przeżyć będąc sześciolatkiem? Już wtedy zaczęły się moje pierwsze miłosne rozterki. I choć wcześnie zaczęłam, wcale mi te miłości nie wychodziły na dobre…

miłosne historiePierwszą miłość swojego życia poznałam w przedszkolu i niech się nie wydaje nikomu, że było to przelotne zauroczenie, bo wielkim uczuciem do tego chłopca pałałam aż do 5 klasy. Mieliśmy wzloty i upadki, pierwsze tańce na zabawach szkolnych czy pożyczanie ołówka na wieczne oddanie. Przez te 5 lat gorącego uczucia wiele się działo. Pamiętam pierwszy poważny taniec-przytulaniec w 5 klasie, kiedy nasze jednakowo płaskie klatki piersiowe idealnie do siebie przylegały i bujaliśmy się w rytm jakże romantycznego utworu „Gangsta Paradise” (wciąż mam w głowie śpiewane razem z Coolio słowa „minyt afta minyt, ała afta ała”). Pamiętam też, bójkę w trzeciej klasie, kiedy moja sympatia zawzięcie okładała kolegę z klasy, a ja stałam przestraszona obawiając się o życie i zdrowie ukochanego. No i właśnie ciut za blisko stałam, bo w pewnym momencie mojej sympatii spadł trampek z nogi i uderzył mnie prosto w oko. Przez tydzień chodziłam z giganycznym limem, które każdego dnia zaskakiwało mnie nowymi odcieniami kolorów, których nawet nie potrafiłam nazwać, przy czym moje ajlowju z bójki wyszło bez szwanku.

Kolejną miłością był chłopiec, który w mojej obecności złamał sobie nogę, a ja przy nim wpadłam pod samochód dostawczy. To nie była długa przygoda i musiała szybko się zakończyć dla zdrowia i bezpieczeństwa obojga. Choć przez długi okres, kiedy mi się psuły wycieraczki w aucie przypominałam mężowi, że był kiedyś taki jeden, który pokazywał mi swoje resoraki i opowiadał, że takimi autami będę jeździła po ślubie. A przyszło mi jeździć do pracy escortem bez sprawnego klaksona i wycieraczek. I pewnie wielu jeszcze innych rzeczy, których nie umiałabym nazwać.

Strzała amora trafiła mnie po raz kolejny, kiedy zmieniłam szkołę. Znów okazało się, że w mojej klasie jej chłopiec, który na długo skradnie mi serce. I tak było, choć konkurencja była spora, bo kochały go wszystkie dziewczyny z naszej klasy. I z klasy B i C również. Po chyba dwóch tygodniach w nowej klasie nie umiałam dłużej tłumić uczucia więc napisałam list. Oczywiście anonimowy. Żeby anonim był wyjątkowo anonimowy użyłam żółtych kartek z segregatora. To nic, że ja tylko w klasie miałam takie, któż, by myślał o takich szczegółach. Wyjątkowo anonimowy anonim z wyznaniem wrzuciłam do skrzynki na listy, która wisiała przy klasie plastycznej. Nie wiedziałam, kto sprawuje nadzór nad skrzynką, ale zostało mi cierpliwie czekać. Minął dzień, potem dwa i pięć, a wyjątkowo leniwy listonosz nie dostarczał listu. Bo przecież zauważyłabym na przerwie czy na lekcji, że kolega coś czyta, że próbuje rozwikłać zagadkę wyjątkowo anonimowej wielbicielki. A tu nic. Minęły kolejne dni, potem tygodnie. Aż pewnego dnia przed plastyką kiedy moja sympatia uczestniczyła w bójce (a ja już nauczona rozumu siedziałam z daleka) i uderzyła głową o drewnianą skrzynkę na listy, która się otworzyła a ze środka wypadł list. Chciałam zapaść się pod ziemię. Chłopcy z całej klasy zbiegli się jak jeden mąż i zaczęli wyrywać sobie z rąk list. Kurcze, mój list. Bo cała szkoła poza mną, doskonale wiedziała, że skrzynka działa tylko w Walentynki, a ja swój list wysłałam tuż po. Wszyscy czytali list, sympatia stała czerwona jak burak, albo choć trochę tak jak ja – niepozornie siedząca z daleka na ławce sierotka modląca się w duchu o dzwonek na lekcje. Całe szczęście, nie miałam już wtedy ani karteczek, ani segregatora, ani nawet długopisu, którym pisałam list. Więcej listów nie pisałam.

Kolejną miłością był chłopak ze złotym kolczykiem w uchu. Choć strzała amora trafiła tuż przed Walentynkami, to nie miałam odwagi ponownie skorzystać ze skrzynki na listy. Za to ja dostałam piękną kartkę z niezwykle romantycznym wierszem, a do tego pełne informacje o nadawcy. Serio pełne. Imię, nazwisko, adres, numer telefonu, kolor oczu, hobby. Konkretny chłopak. Odprowadzał mnie nawet kilka razy do domu. No nie do końca odprowadzał, bo jechał obok mnie na rowerze i nie zaproponował nawet, by wziąć mój ciężki plecak na bagażnik.

Później było kilku chłopców, których pamiętam dokładnie, przy których zawsze trafiła mi się jakaś gafa, ale gdybym chciała o wszystkich pisać, to z wpisu zrobiłby się rozdział, bo weny mi nie brakuje.

Pominę więc pasmo niepowodzeń i przejdę od razu do chłopaka od pierwszego pocałunku. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wystaczyło raz go zobaczyć tuż przed wakacjami, by przez kilka kolejnych tygodni zastanawiać się, czy go jeszcze zobaczę. Zobaczyłam. Choć był 3 lata starszy, szybko stałam się jego dziewczyną. To On zaraził mnie miłością do Starego Dobrego Małżeństwa. Uwielbiałam kiedy grał dla mnie „a przecież mogłaś być przed moją erą, a przecież mogłem być przed twoją erą”. I właśnie utworów SDM w Jego wykonaniu słuchałam cały walentynkowy wieczór zastanawiając się jak można nie lubić tego święta. Na pierwszą randkę, by się nie spóźnić przyszedł z budzikiem, na wszystkie inne randki już sie spóźniał, czasami nawet o kilka dni. Dla Niego nie istniał czas ani żadne bariery. Pamiętam swoją wściekłość, kiedy całą niedzielę czekałam w oknie, bo byliśmy umówieni (telefony komórkowe nie były jeszcze na topie, tak były kiedyś takie czasy) a on nie przyszedł. Następnego dnia w szkole kiedy tylko podszedł do mnie zapytał, czemu jestem wściekła? Po usłyszeniu wiązanki, że przecież byliśmy umówieni powiedział zdziwiony: przecież napisałem ci w liście, że nie mogę przyjść. Hę? W jakim liście? Wyciągnął wymiętą kopertę z plecaka i powiedział nie rozumiejąc mojej złości: no w tym! Nie, On sobie nie robił ze mnie jaj, On taki jest do dzisiaj. Rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie kilka razy, aż w końcu stanął między nami Najcierpliwszy z Najcierpliwszych, Najwytrwalszy z Najwytrwalszych. Mój mąż.

Na pierwsze niewinne spotkanie niezapowiadające wcale wieloletniego związku założyłam sandałki. Nie wiedziałam, ze wybierzemy się do lasu, nie wiedziałam, że w lesie będzie mokro, i że noga z sandałkiem ugrzęźnie mi w błocie, a po wyciągnięciu będzie wyglądała jak wyjęta z krowiej kupy. Nie wiedziałam, że będzie mnie kochał bardziej niż Rose kochała Jacka mimo, że nie wpuściła, go na drzwi, choć miejsca miała jeszcze dla trzech osób. Nie wiedziałam, że będzie wszystko wybaczał i da mi dwie niesamowicie uparte (to akurat po mnie) córki. Aż w końcu, nie wiedziałam, że spędzimy wspólnie czternaście walentynek i będziemy marzyć, by było ich jeszcze dziesięć razy wiecej.

Ale nawet gdybym wiedziała, nigdy w życiu bym nie zrezygnowała z tego lima pod okiem, niedoręczonego na czas listu, godzin spędzonych w oknie, bo wszystko to przygotowywało mnie na przyjście czegoś wyjątkowego, czegoś, co zdarza się raz w życiu i trwa do końca życia.

Romantycznych Walentynek! 

PS. Pierwszą walentynkę w życiu (i przy okazji własnoręcznie zrobioną – otwierane serce z napisem Love Krowie pisał Byk) podrzuciłam w wieku 7 lat koleżance do kurtki. Potem, gdy znalazła w kieszeni, powiedziałam jej, że widziałam, który chłopiec kręcił się koło jej kurtki. Dwa lata później wyjawiłam jej, że to była karta ode mnie, a nie od niego. Dobrze, że szybciej biegałam od niej…

16 komentarzy

  1. Twoje miłosne przygody tak mnie rozbawiły, ale doskonale rozumiem powagę sytuacji w jakiej się znajdowałaś za każdym razem. Ja na swoim koncie miałam również nieudane amory ale wiedziałam, że kiedyś na mojej drodze stanie ten Jedyny ☺

  2. Hahaha, uśmiałam się 😀 😀 Ależ z Ciebie pogromczyni męskich serc 🙂 Dobrze, że na końcu tego szeregu stał ten jeden jedyny! <3 😀

  3. Ja tez pamiętam wszystkich moich adoratorów i wszystkie moje miłostki i miłości. 14 luty to taki czas, kiedy możemy o nich wszystkich wspomnieć, ale być i kochać jednego =D

  4. Czytajac twoj wpis przypomnialy mi sie moje rozterki milosne ktore zaczely sie w zerówce 😀 To niesamowite ze smieje sie teraz sama do siebie widzac te obraz z przed 20 laty 😀 Powinnam podziekowac Ci ze czytajac twoj wpis przywrocilas u mnie te piekne wspomnienia. 🙂

    1. Author

      dzięki temu, że pamiętam swoje „problemy sercowe” sprzed 20 lat podchodzę na poważnie do tego, co nieśmiało o chłopcach próbuje opowiedzieć mi dziesięcioletnia córka 🙂 doskonale ją przecież rozumiem 😀

      1. O tak to dobry sposob aby zostac przyjaciolka wlasnej corki 😀 Za kilka lat patrzac na swoja corke „pierwszy raz zakochana” pewnie przypomne sobie nie tylko o tych moich rozterkach milosnych ale zapewne i o Twoim wpisie 😀

  5. O jej sporo tego 😀
    Aż przypomniały mi się moje rozterki sercowe z których powstałby również nie krótki wpis.
    Fajnie wrócić do tych wspomnień 🙂

  6. Długo się wahałam czy napisać komentarz. Bo nie chcący mogę popsuć atmosferę, bo osobiście źle mi się kojarzą walentynki. Z nieodpowiednimi decyzjami. Był taki rok, gdy dostałam w sumie 17 kartek. Wszystkie z czasem rozszyfrowałam. I nie miałam 5 lat. Gdybym wtedy podjęła jedną właściwą decyzję. Dzisiaj byłabym pewnie najszczęśliwszą osobą na świecie.

    1. Author

      ale pewności nie masz 🙂 czasami niektóre miłości lepiej zostawić niespełnione. rzeczywistość mogłaby wyrządzić im ogromną krzywdę.

      1. Już sama nie wiem co jest gorsze a co lepsze. Czy żyć w niepewności, z ciągnącą się przeszłością i myślami „a co by było gdyby..” – bo to zamęcza, czy spróbowanie i się przejechanie, rozczarowanie, ale spróbowanie…

  7. hihi, no to się z Ciebie pośmiałam 😀 A co do walentynek… mnie jakoś ni ziębią, ni parzą 😀 Ale Otrzymane Rafaello pożarliśmy z Franiem komisyjnie 😀

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *